Ciemna tanzańska noc, rozświetlona jedynie morzem gwiazd, zanurzonych w drodze mlecznej, i blaskiem księżyca – obróconego niczym uśmiech kota z Cheshire. Równe pięćdziesiąt sześć godzin od rozpoczęcia naszej podróży w Kiełpinie, postawiłyśmy w końcu pierwsze kroki w Mandzie. Kasia, Karolina, Agnieszka, Anna, Teresa – pięć wolontariuszek fundacji „Dzieło na Misji” i ojciec Ditrick – misjonarz Matki Bożej Pocieszenia. Od tego momentu, od tej ciepłej, tajemniczej nocy 30 lipca, aż do końca sierpnia będziemy żyć i pracować tutaj – w Mandzie położonej w samym sercu Tanzanii.

Manda jest stosunkowo niewielką wioską, połączoną ze światem jedynie wyboistą drogą pełną pyłu i dziur, przez które nie sposób przejechać innym samochodem niż terenowy. Pomimo długiej i żmudnej drogi, mimo trudnych warunków (lub może ze względu na nie), w wiosce działają Misjonarze Consolaty – zarówno ojcowie, jak i siostry zakonne. Organizują pomoc medyczną w wybudowanej przychodni, a także zapewniają dobrą edukację w prywatnej szkole. Wiele dzieci mieszka zbyt daleko, by móc codziennie przychodzić na lekcje, dlatego tuż przy szkole działa również internat, w którym obecnie mieszka dwudziestka ósemka uczniów.

Sierpień jest dla dzieci miesiącem wolnym od nauki. Mimo tego, na prowadzone przez nas lekcje przychodziła duża grupa dzieci, która powiększała się z każdym dniem. Prowadziłyśmy trzy klasy – dla najmłodszych, która właściwie była bardziej zajęciami artystycznymi z przemycaną nauką angielskich słówek, druga – dla młodszych nastolatków, na poziomie początkującym, u których ważnym aspektem było tłumaczenie przykładów i słówek na język suahili oraz ostatnia, trzecia klasa najstarszych nastolatków, w której pojawiały się bardziej zaawansowane zasady gramatyki. Po zakończeniu lekcji angielskiego, rozpoczęłyśmy naukę informatyki na przywiezionych przez nas laptopach. Zdecydowana większość naszych uczniów nigdy w życiu nie miała styczności z komputerami, więc zajęcia zaczęliśmy od poruszania myszką i klikania – co robi lewi przycisk, co prawy, jak dwa razy kliknąć w plik, żeby go otworzyć. Wydawało się to ogromnym wyzwaniem – nauczenie obsługi komputera od zupełnych podstaw, osób, które nigdy nie miały z nim żadnej styczności. Ale entuzjazm i zaangażowanie dzieci, ich chęć do nauki, sprawiały, że szybko się uczyły i lekcje przebiegały bardzo sprawnie.

Medyczna część naszej grupy, jaką stanowiły Kasia i Kalorina, spędzały godziny w przychodni, wykonując testy na malarie, badając hemoglobinę i usprawniając pracę personelu poprzez naukę obsługi Excela. Dzięki finansowemu wsparciu, jakie otrzymałyśmy przed wyjazdem, byłyśmy w stanie zakupić sprzęt medyczny, który następnie przekazałyśmy Mandzie – zarówno przychodni Misjonarzy Consolaty, jak i publicznej przychodni wioski, która zmaga się z dużymi potrzebami zaopatrzeniowymi. Podczas naszej misji przeprowadziłyśmy także fluoryzację. Niektórym dzieciom tak się to spodobało, że przychodziły znowu, podczas kolejnych tur, chcąc powtórki. Na koniec przedstawiłyśmy jak odpowiednio dbać o zęby i rozdałyśmy przywiezione przez nas szczoteczki i pasty.

Jednym z głównych celów naszej misji była próba walki z ubóstwem menstruacyjnym. Słysząc o skali problemu w Subsaharyjskiej Afryce, chciałyśmy pomóc kobietom i dziewczynkom, organizując dla nich specjalne warsztaty. Przeprowadziłyśmy je dwukrotnie w Mandzie oraz w pobliskich wioskach – Mondomeli i Chifutuce. Mimo długiej nauki i szczerych chęci, nasza znajomość suahili nie była niestety wystarczająca, by obyć się w tej sytuacji bez tłumacza. Ojciec Ditrick, który był z nami w każdym momencie misji, działał z nami i wspierał nas na każdej płaszczyźnie, nie tylko językowo, nie mógł nam towarzyszyć w tej kobiecej sferze. Ale nie zostałyśmy same. Naszym aniołem, który wprost „spadł nam z nieba” była siostra Teresa – misjonarka Consolaty, pochodząca z Kenii, która została posłana do Mandy. Nie tyle tylko, że tłumaczyła wszystko, co chciałyśmy przekazać, ale robiła to jeszcze z tak ogromnym zaangażowaniem i charyzmą. Wcześniej obawiałyśmy się, że temat menstruacji okaże się zbyt dużym tabu, żeby swobodnie go poruszyć, ale kobiety i dziewczyny, znajdując się w jedynie damskim, bezpiecznym towarzystwie, zupełnie nie bały się i nie wstydziły o tym rozmawiać. Na koniec warsztatów przekazywałyśmy im podpaski wielorazowe (których dużą część otrzymałyśmy dzięki firmie „Rodzina Eko”). Ich radość z otrzymanych podpasek, z informacji, że będą mogły ich używać przez lata, była tak autentyczna i tak przepiękna! A dla nas – bezcenna. Myślę, że żadna z nas nie zapomni tej chwili do końca życia.

Nie sposób określić, co podczas misji było najważniejszym działaniem, co miało największe znaczenie i byłoby najistotniejszą pomocą. Sama obecność, popołudniowe zabawy z dziećmi na boisku, spędzanie czasu z mieszkańcami wiosek, odwiedzanie ubogich i starszych były tak ważne – zarówno dla nich, jak i dla nas.

Cała nasza misja – była jednym z tych wyjazdów, które mijają w mgnieniu oka (niezależnie od tego ile trwają), a po powrocie wydają się tak bliskie, jakby chwilę wcześniej wciąż trwały, i tak odległe, jakby były jedynie snem, którego wspomnienia odrywają nas od szarej rzeczywistości. I to wspomnienie – zachodzącego słońca, które rozświetla ciepłym blaskiem ostatnich promieni ubitą ziemie boiska. Bosonodzy chłopcy biegną po nim, goniąc za piłką między dwiema bramkami. Dziewczynki i najmłodsze dzieci, niektóre noszące jeszcze przewiązane chustą na plecach rodzeństwo, bawią się w pobliskim obszarze jałowej ziemi. Wychodzimy udeptaną, piaszczystą ścieżką prowadzącą z wioski i kierujemy się w ich stronę. Pierwsze dzieci zauważają nas i zaczynają biec, wołając nasze imiona. Biegniemy im naprzeciw, a one rzucają się nam na szyje i przytulają do nas. W tamtym momencie znały nas przez tydzień, a potem widziały pierwszy raz po pięciodniowej przerwie. I niecały tydzień wystarczył, by były już naszymi dziećmi, żebyśmy my były już ich. I te dzieci, i cała Manda na zawsze pozostaną w naszych sercach. I chcemy wierzyć, że to, co się wydarzyło, to był dopiero początek. Że misja w Mandzie dopiero się rozpoczęła.